Trzy tygodnie w Tatrach minęły zanim się obejrzałam. Naprawdę nie spodziewałam się, że będzie tak strasznie fajnie.
Pierwsze 5 dni - rekolekcje ignacjańskie, fundament u jezuitów na Górce. Rewelacja. Bardzo, bardzo owocne, teraz tylko chciałabym wprowadzić w życie codzienne wiele z tego, co Najwyższy mi pokazał, powiedział i w ogóle.
Następne 6 dni - pobyt z rodzicami i przyjaciółką u znajomych moich rodziców. Uch... Generalnie znajomi są bardzo fajni, tyle że akurat była też u nich nasza inna rodzina i było nas strasznie dużo na małej powierzchni, więc zwykle z przyjaciółką się zmywałyśmy w góry na cały dzień. I trochę rzeczywiście połaziłyśmy.
I kolejne 7 dni - wyjazd z naszym DA. Faaajnie. Też owocnie. Zwłaszcza w relacjach.
Wróciłam we wtorek, padnięta, skonana i w ogóle przeżuta i wypluta. A rano w środę trzeba było przed 6 wstać na praktyki... Uch... Nie znoszę tego, naprawdę. Ale w zasadzie całkiem fajnie. Jestem na kardiologii razem z dwójką chłopaków z mojej uczelni. Pan ordynator jest bardzo sympatyczny, ma świadomość tego, że w zasadzie to my tak naprawdę nic jeszcze nie wiemy, dużo nam tłumaczy, pokazuje, zagaduje i w ogóle jest fajnie. Atmosfera na oddziale jest rewelacyjna, pielęgniarki też bardzo sympatyczne. Mam porównanie z interną w tym samym szpitalu, to jest niebo a ziemia po prostu...
I w ogóle to mam normalne, kurna, wreszcie, wakacje!!! Od trzech lat pierwszy raz w końcu mam wakacje. I mimo że muszę wstawać na praktyki, mimo że moja najlepsza przyjaciółka jest 400 km ode mnie, że generalnie wszyscy w domu czegoś ode mnie chcą, że mam ochotę od czasu do czasu kogoś zamordować, to w zasadzie jest dobrze. Bo z Nim, Najwyższym, zawsze jest dobrze. I wreszcie uwierzyłam w to, że naprawdę mnie kocha. On, sam Bóg, kocha mnie zależy Mu na mnie tak strasznie, że nie potrafię tego ogarnąć. I na każdym z nas zależy Mu tak samo. Czy to nie jest cudowne?
Wiem, że wiesz :D
OdpowiedzUsuń