czwartek, 24 lipca 2014

Tytuł nie za bardzo optymistyczny...

Pasowałoby zacząć od czegoś optymistycznego, miałam walczyć ze swoim paskudnym narzekaniem, ale nie dzisiaj. Zacznę od tego, że dzisiaj iście wisielczy humor mam... Tak jakoś, wróciłam do domu z praktyk i po prostu mam jakiegoś doła. Przyczyn może być kilka. Zaczynając od tego, że jest paskudnie, lało prawie cały dzień, jest zimno, jakoś tak nieprzyjemnie generalnie. Oprócz tego spałam dzisiaj całe 3,5 godziny. I nie spałam później. A poprzednie trzy noce to może uzbierało się po 5,5 godziny. Poza tym cały dzień pobolewa mnie brzuch, a raczej podbrzusze. I jeszcze wymyśliłam sobie do roboty jak zwykle sporo rzeczy, po czym upiekłam jedne ciastka i chyba w dupie mam całą resztę listy rzeczy do zrobienia na dzisiaj... 

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że wcale nie chce mi się spać. Jestem tylko cholernie zmęczona. Ale nawet książki nie chce mi się czytać. W miejscu nie usiedzę, filmu nie mam ochoty obejrzeć. Nawet Hannibal mnie irytuje. I irytuje mnie moja irytacja, bo został mi tylko jeden odcinek, ale teraz mnie ta fabuła jakoś tak odpycha, że nawet nie chce mi się go dokończyć oglądać... 

Ja pierniczę, dawno tak się nie czułam. Tak byle jak. Tak, że z jednej strony mam ochotę kogoś pobić, a z drugiej to jeszcze chwila, a zacznę ryczeć. I nie, to wbrew pozorom nie jest PMS. Okres miałam dwa tygodnie temu. Akurat dzisiaj wypada mi, kurna, owulacja. I co? I jajco! Eh, i to dosłownie. Nie ma to jak odpowiedni dobór słów... No, chyba że zaczyna się dwutygodniowy PMS. Nie no, uchowaj Boże, sama ze sobą już nie mogę wytrzymać. Ale chyba po sesji zostały mi jakieś resztki ziołowych tabletek na uspokojenie, może to to podziała. A jak nie, to będę czytać aż zasnę. Ostatnio nawet nikt się nie czepia, że śpię przy zapalonej lampce, bo zasypiam z książką w ręku. 

Eh, nawet nie wiem, jak tego posta zakończyć... 

Konkluzji brak. Zero kreatywności dzisiaj mi to zapewniło...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz